W cieniu

Kinga Nowak należy do grona najaktywniejszych krakowskich figuratywistów. Dyplom uzyskała w 2001 roku w krakowskiej ASP, w pracowni prof. Jacka Waltosia. Znaczna część jej twórczości (malarskiej, rysunkowej, rzeźbiarskiej) przywołuje przeszłość – odnosi się do pamięci o ludziach, zdarzeniach, przedmiotach. Artystka niejako reaktywuje fakty z własnej biografii, starając się godzić siebie i widzów z upływem czasu, z pamięcią, ale także z zapominaniem. Tej problematyki dotyczyły wystawy Uczulenie (Galeria Pokaz, Warszawa 2004) i Olkusz (Galeria Nova, Kraków 2005).

Analogiczne kwestie stoją u genezy prac z serii Zbieżanka (2006), stanowiących bezpretensjonalną, a zarazem sugestywną, poruszającą, artystyczną wizualizację doświadczenia naocznego i wewnętrznego. Pojawiają się w nich postacie, sytuacje, przedmioty zapamiętane z dzieciństwa. Zapamiętane, i zrekonstruowane, by tak rzec, samoistnie, bez pośrednictwa zapisu fotograficznego. Najpierw był rysunek, potem rzeźba, wreszcie malarstwo. Kinga Nowak pisze, że jej droga do odtworzenia minionej rzeczywistości prowadziła od rysunku/nastroju, poprzez rzeźbę/bryłę do malarstwa/wyrazu. Praca nad serią Zbieżanka była dla niej tyleż potrzebą, co rodzajem artystycznego eksperymentu – sprawdzianem, ile zapamiętujemy z przeszłości, ile zapamiętała ona sama; co i jak potrafimy odtworzyć, co i jak potrafi odtworzyć ona, dysponująca przecież, jako artystka, mediami niedostępnymi wielu innym.

Zbieżanka to zatem nie tylko próba nawiązania do wydarzeń, w których uczestniczyli przed laty jej bliscy, odtworzenia przeszłości, zarazem podróż w głąb siebie, ale także efekt sprawdzania warsztatu, wykorzystywania jego potencjału, sprawdzania tego, czy w i jaki sposób pragnienie powrotu do przeszłości może dokonać się w języku sztuki. Inaczej mówiąc, parafrazując Norwida: czy język sztuki okaże się tak giętki, aby pomieścić ekspresję osobistego doznania, które, co oczywiste, zawsze jest minione. Kiedy mówimy o wspomnieniach, mamy zwykle na myśli zdarzenia odległe w czasie, ale przecież wspominamy stale, zawsze konfrontujemy się z chwilą, która już minęła. Sztuka może tę chwilę przybliżyć, utrwalić. W inny sposób niż fotografia dokumentalna, ale równie intensywnie. Ma bowiem dar re-konstruowania rzeczywistości, kreowania jej poprzez wydobywanie istotnych cech. Notabene, w Zbieżance fotografia pojawia się jako element przedstawienia domowej ikonosfery, a przede wszystkim jako kluczowy zwornik rodzinnej historii – to portretowa fotografia mężczyzny, widoczna w obrazie Drzwi.

Przywracanie pamięci to nie jest zadanie oryginalne, stawia je sobie za cel wielu twórców. Mających różne doświadczenia, różną świadomość. Propozycja Kingi Nowak wydaje się jednak wyjątkowo przekonująca, a przy tym urzekająca: przekonuje konsekwencja autorki systematycznie realizującej powzięty zamiar, urzeka efekt jej starań – atmosfera domu, którą udało jej się stworzyć, chociaż jest to atmosfera naznaczona niepokojącą tajemnicą, urzeka również zdolność budzenia empatii.

Artystka mówi, że jej prace są próbą demitologizacji dzieciństwa, a jednocześnie – co jest nieuchronne – je mitologizują. Takie wrażenie sprawiają między innymi dzięki temu, że zostały świadomie utrzymane w niedzisiejszej poetyce – oryginalnej, rzadko spotykanej, poetyce outsiderów, dla której trudno byłoby znaleźć współczesny kontekst. Przypomina ona efekty pilności początkującego adepta sztuki, który jednak stara się oddać wiernie, pozornie z ambicją uchwycenia każdego szczegółu, nie tylko wygląd, ale również – na tyle, na ile to możliwe – aurę rzeczywistości sprzed lat. Skutek jest jednak odwrotny: artystka odrealnia rzeczywistość, ujawnia jej wielowarstwowość, nieoczywistość. Podobną skłonność ma większość twórców uważanych z prymitywistów. Jednocześnie ta właśnie poetyka nieco przypomina międzynarodowy fenomen artystyczny z lat 30. ubiegłego wieku – skłonność do linearyzmu, która cechowała twórców z kręgu Neue Sachlichkeit czy amerykańskich precyzjonistów, żeby wymienić tylko najbardziej wyraziste środowiska. Najbliżej jednak Kindze Nowak do Balthusa – kiedy patrzymy na jej prace, skojarzenia biegną zarówno ku jego malarstwu, jak rysunkowi, z ilustracjami do Wichrowych Wzgórz na czele. W tych właśnie rysunkach autor operuje jednak linią urywaną, raczej kreską, kładzioną jedna przy drugiej. Nieco podobnie jest w Zbieżance, zwłaszcza w należących do serii rysunkach. To nie zarzut, możemy tu bowiem mówić o niezmiernie interesującej, samodzielnej recepcji twórczości Balthusa, z którym Kingę Nowak zdaje się łączyć jeszcze jedno – oboje niejako prymitywizują modelunek postaci, nadają im szczególną kanciastość, czyniąc z nich po trosze lalki odgrywające sceny z przeszłości w teatrze cieni. U Kingi Nowak wszystkie zabiegi, a przede wszystkim położenie nacisku na ekspresję krótkiej linii, połączone z trudną w odbiorze gamą barwną, składają się na wrażenie zmagania się artystki z niełatwą przeszłością, naznaczoną cierpieniem bliskiej osoby, tytułowej Zbieżanki. Dzieciństwo jest tu zatem nie Arkadią, lecz okresem przyspieszonego dojrzewania, przedwcześnie wymuszającego określenie własnego miejsca w świecie.

Elementem wystawy jest również, niejako uwiarygodniająca i obiektywizująca przeszłość, żółta tkanina-zasłona, obecna zarówno jako motyw malarski, jak i konkretny przedmiot, wehikuł czasu, łączący przestrzeń przedstawioną, wyobrażoną z faktyczną przestrzenią galerii, a tym samym – postacie zapamiętane, wyobrażone z realnie istniejącymi postaciami widzów, współuczestniczących w uobecniającym się – dzięki sztuce – tym, co minione.

„Od początku rekonstrukcji przestrzeni i zdarzeń – pisze artystka – towarzyszyły mi przedmioty: popielniczka, czerwony telefon tulipan, żółta zasłona, butelka z wodą Jana”. Obok tych słów pojawia się cytat z Prousta, który mówi, że nasze wrażenie, „do połowy zanurzone w przedmiocie”, ma swoje przedłużenie w nas „drugą połową, tylko nam znaną”. Przykładem tego stanu rzeczy jest Zbieżanka. Wiele osób w obrazach czy rysunkach Kingi Nowak rozpozna zapamiętane z dzieciństwa realia – meble, tkaniny, naczynia itp., identyczne z tymi, które stanowiły wyposażenie ich rodzinnych domów. Należały one bowiem do skromnego, przeciętnego PRL-owskiego standardu i niejako stanowią historyczny stempel prezentowanych dzieł. Ujawnia się on jednak mimochodem, niejako przy okazji, gdyż Zbieżanka, podobnie jak każde  wspomnienie, jest przede wszystkim opowieścią w pierwszej osobie numerus singularis.

Małgorzata Kitowska-Łysiak
 
Wystawione prace złożyły się na przewód I. stopnia artystki na Wydziale Malarstwa w krakowskiej ASP; promotorem pracy był prof. Grzegorz Bednarski. Komentarz autorki zob. w „Zeszytach Malarstwa” Wydziału Malarstwa ASP w Krakowie 2008, nr 9, s. 199-216.