Miejsca tchnące pustką

„Widziałem we śnie miejsce tchnące pustką” – tak brzmi pierwsze zdanie krótkiego zapisu myśli Waltera Benjamina pt. Roboty podziemne ze zbioru Ulica jednokierunkowa. „Widziałem we śnie miejsce tchnące pustką”… Zdanie krótkie, ale wiele mówiące. Przypomniało mi się, kiedy jakiś czas temu oglądałam obrazy Kingi Nowak. Było to tuż po jej powrocie ze stypendium w Paryżu. Sen o „miejscu tchnącym pustką” znajdował w tych obrazach urzeczywistnienie. Tak mi się wydawało… Dlatego że przedstawiały pozornie bezkresne perspektywy, wykreślone przez miejskich urbanistów. Biegnące wzdłuż tras paryskiego metra, kończące się nagle głuchą czeluścią. Albo milknące pod pajęczą siecią słupów trakcyjnych, połączonych plątaniną rozmaitych przewodów. W tych rozległych przestrzeniach, zaplanowanych i zabudowanych przez człowieka, nie było jednak dlań miejsca. Były bezludne, puste. Jakby z człowieka ogołocone. Jakby ów wzniósł je, by potem porzucić. Albo inaczej – żeby miał skąd zostać wygnany. Przez siebie samego… Teraz, jeśli musi, przemyka bezszelestnie wśród cieni Miasta.

W tekście-wyznaniu, towarzyszącym jednej z wystaw, Kinga napisała, że maluje pejzaże industrialne. Ale to pojęcie kojarzy się bardziej – szczegółowo – z krajobrazem przemysłowym, niż – ogólnie – z miejskim. Powiedziałabym zatem raczej, że maluje pejzaże cywilizacyjne – zmienione przez człowieka, „funkcjonalne”; pejzaże, w których człowiek jest trybem, a może tylko trybikiem rzeczywistości, stanowiącym jednak rację jej istnienia. Bo przecież stacje metra czy dworce kolejowe są niczym owe Benjaminowskie senne widzenia, niczym „miejsca tchnące pustką”, zjawiskowe locations z niskobudżetowych filmów społecznych czy też psychologiczno-społecznych, dopóki człowiek nie ożywi ich swoją Obecnością.

Malarstwo Kingi sugestywnie rejestruje zarówno gęstość specyficznej atmosfery, której wyznacznikiem jest poczucie Obcości-w-Wielkim-Mieście, jak ją kreuje. Nie jest to bowiem malarstwo skupione na opisie otaczającej rzeczywistości. Rzeczywistość widzialna służy tutaj do tworzenia rzeczywistości artystycznej. Ta jednak – pod żadnym pozorem – nie odcina się od tradycji: ani od znamiennego dla niej świadectwa oka, ani od wymogów tradycyjnego warsztatu, w którym najważniejsza jest praca nad plastyczną wizualizacją naocznego doświadczenia, czyli nad rozwijaniem umiejętności pozornie przyziemnych, dzisiaj często postponowanych, jak komponowanie obrazu, wykreślanie perspektywy, modelowanie bryły, poszukiwanie tonacji barwnej, cierpliwe żłobienie faktury itp. Owa świadomość odpowiedzialności za artystyczne rzemiosło, za warsztat, nie eliminuje jednak prób nawiązania przez autorkę dialogu z językiem malarstwa bardzo aktualnego. Ostatecznie Kinga jest dzieckiem swojego czasu. I część obrazów maluje teraz używając między innymi środków typowych dla najmłodszych polskich (i nie tylko) figuratywistów (często hołdujących soc-pop-artowskiej konwencji, nagłośnionej zwłaszcza przez Grupę Ładnie), ale traktuje je jako punkt wyjścia, a nie dojścia, jako narzędzie pracy, a nie jej cel. Posługuje się nimi w pewnym sensie instrumentalnie – wykorzystuje dla własnych potrzeb, tworząc kompozycje nie „ładne” i zabawne, ale przede wszystkim mocne i poważne.

Najistotniejsze jednak jest to, że u Kingi – jak u niewielu młodych twórców, w większości ograniczających się do tego, co zmysłowe, a przede wszystkim „oczne” – równie istotna, jak warsztat, jest praca wyobraźni, przełamującej doświadczenie widzialności; wyobraźni, która sprawia, że dzieło malarskie poza granice widzialności nas prowadzi, i ponad widzialność nas wynosi.

Małgorzata Kitowska-Łysiak